Zaczęło się od zmiany jedzenia, wdzięczności w najgorszym momencie, medytacji, doświadczeń innych, słuchania dźwięków, technik oddechowych oraz zamiany słów. A przede wszystkim, od słuchania swojej intuicji.
Moja droga do siebie zaczęła się… jak rollercoaster i niekończąca się opowieść.
Mieszkałam wtedy w Anglii i pracowałam z muzułmanami, którzy praktykowali post.
Z ciekawości – tak po prostu – postanowiłam spróbować. Nie jadłam i nie piłam nic przez cały dzień, aż do zachodu słońca. Pierwszy tydzień mojego przebudzenia był oczyszczający. Dosłownie. Oczyszczałam się z metali ciężkich – i miałam wrażenie, że urwę sobię głowę. Ciało krzyczało, a ja czułam, jak opuszcza mnie wszystko, co nie moje???
Drugi tydzień uczył mnie skupienia i kontroli nad głodem. Z każdym dniem odkrywałam, że to nie głód mną rządzi, tylko moje myśli. A skoro mogę nie jeść – to mogę też nie karmić się tym, co mnie niszczyło.
Trzeci tydzień był tygodniem ciszy w głowie. Życie bez myśli. Po raz pierwszy poczułam, jak wygląda przestrzeń bez lęku, analizowania, wspomnień i oczekiwań. Zapanowała wewnętrzna cisza – głęboka i spokojna.
Czwarty tydzień był cudem. Dostałam „inne oczy”. Tak to właśnie czułam. Nagle zaczęłam widzieć więcej – głębiej, jaśniej, prawdziwiej, ale to jeszcze nie było to. W długoletniej trudnej sytuacji, w której byłam, w kieszeni miałam zaledwie 50 zł. Mieszkałam 10 km od szkoły mojej córki i syna, do której musiałam ją codziennie zawozić. Nie wiedziałam, czy mam kupić jedzenie, zatankować samochód, czy kupić materiały, bo byłam w trakcie remontu.
Byłam samotną matką piątki dzieci. Wróciłam do kraju w trakcie drugiego rozwodu. Bez pomocy rodziny i bez wsparcia ojców dzieci. Zostałam w pustce bez bezpieczeństwa, bez gruntu pod nogami.
Zrozumiałam, że chcę żyć inaczej. Że muszę się sobą zaopiekować. Tylko nie wiedziałam jak.
Zaczęłam zadawać pytania:
Dlaczego moje życie wyglądało inaczej, niż miało?
Przecież starałam się być dobra, starałam się dla innych.
Co mną kierowało?
Dlaczego przyciągałam ból?
Byłam wtedy w trakcie rocznego kursu, 100 km od miejscowości, w której mieszkałam.To właśnie tam poznałam znajomą. Jej matką była jasnowidzem, szeptuchą, czarownicą, bioenergoterapeutką… Różnie się mówi o takich ludziach, ale dziś mogę powiedzieć – taką stałam się ja.
Ona mnie oczyściła – warstwa po warstwie, krok po kroku.
Pamiętam dzień, kiedy miałam te ostatnie 50 zł. Powiedziała mi wtedy: „Wyraź wdzięczność za to, co masz”.
Myślałam, że oszaleję. Za co ja mam być wdzięczna?! Ale jej ufałam. Wiedziałam, że to może być droga do spokoju, którego tak bardzo pragnęłam.
Następnego dnia znalazłam jakiś stary zeszyt i zaczęłam pisać, za co jestem wdzięczna. Na początku były to tylko trzy słowa. Kolejnego dnia znów trzy. Po kilku tygodniach zapisywałam całe trzy strony.
Zaczęłam mówić do siebie dobre słowa. W ciągu dnia patrzyłam na siebie w lustrze i próbowałam powiedzieć: „Kocham Cię”.
Ale gdy tylko próbowałam wypowiedzieć te słowa – stawało mi coś w gardle i wybuchałam płaczem.
Wtedy zrozumiałam, ile mam w sobie żalu, pretensji. I że największy żal nie był do innych ale do samej siebie.
Po prostu… nie wiedziałam o sobie nic.
To był moment, kiedy postanowiłam to zmienić.
Chciałam zawalczyć o siebie. I obiecałam sobie wtedy, że zrobię wszystko, by odzyskać siebie.
Doszły do tego krótkie medytacje – siadanie w ciszy, wsłuchiwanie się w siebie, czucie niewygodnych emocji, mierzenie się z nimi, poznawanie ich źródła.
Zaczęłam poznawać, budować i troszczyć się o swoje wewnętrzne dziecko.
I tak codziennie. Krok po kroku.
Nie liczyło się nic poza tym.
Zauważyłam, że ludzie dookoła pokazują nam to, co w nas domaga się uzdrowienia.
Zaczęłam uważnie przyglądać się temu, co – i kto – przychodzi do mojego życia.
Wiedziałam, że to wszystko jest kolejnym krokiem do? Jeszcze wtedy nie wiedziałam gdzie mnie to zaprowadzi ale wiedziałam, że to było to co mnie wołało.
W ciszy zaczęłam słyszeć odpowiedzi. Ale nie takie zwykłe… to były odpowiedzi od Tego, o którym ludzie przestali mówić, a zaczęli chodzić do kościoła i udawać, że wierzą.
Potem przyszły kolejne etapy – każda zmiana była jak kolejny stopień na drabinie świadomości.
Całe moje życie – te trudne i niewygodne doświadczenia – stały się dla mnie lekcjami, które poprowadziły mnie do wzrostu.
To właśnie wtedy zaczął się mój kontakt z przewodnikiem duchowym. Bo ja byłam gotowa na zmiany, miałam dość kolejnych niepowodzeń, odrzuceń. Ja poprostu chciałam żyć inaczej.
Mój przewodnik prowadził mnie.
Pomagał mi, kierował mną. Na początku były to wskazówki w ciągu dnia – na przykład poprzez liczby, godziny, piosenki, ludzi, wpisy, książki. To ja miałam je zinterpretować, zrozumieć i dopasować przekaz do danej sytuacji, aby uleczyć moje rany. Bo to był jeden z koniecznych etapów. To jak odkopywanie się z gruzów zebranych w Twoim ciele i Twoim polu energetycznym.
Mój kontakt z Przewodnikiem się pogłębił – zaczęłam się z nim komunikować, słyszałam, co mówi. Oczywiście wtedy, gdy byłam w ciszy. Nigdy niczego nie usłyszysz, jeśli żyjesz w hałasie i jesteś obciążona jedzeniem. Bo to jedzenie, gotowane, nas usypia. Odcina kontakt ze źrodlem.
I uwierz mi – Ty też tak możesz. Ty też masz dar. Tylko jeszcze go nie odkryłeś.
Później przyszły głębsze posty – 20 dni, potem 38.
Nie dla ciała, ale dla duszy. Dlatego, że nigdy nie chciałabym wrócić do tamtego życia.
Nie jest to głod. Lecz czystość i cisza.
Połączenie. Przekaz. Zmiana.
Zaczęłam widzieć głębiej. Bo to doprowadziło mnie do tego dobrostanu, o którym każdy marzy i którego wszyscy szukają. To wymaga wytrwałości nie powiem, że nie – także cierpliwości i czasu. Zawsze powtarzałam, że tę podróż trzeba odbyć samemu. Wyruszyć w nią i zabrać ze sobą plecak, a w nim zapakować właśnie: cierpliwość, prawdę i czas.
W tej podróży trzeba zmierzyć się z tym co niewygodne i być dla siebie bardzo wyrozumiałym. Bo to nie chodzi tylko o samo dotarcie do celu, ale o podnoszenie się i podejmowanie kolejnych prób. O zrozumieniu, że życie nie jest cierpieniem w czasie potknięć, lecz darem.
Potrafiłię wejść w czyjąś energię i widzieć, co powodowało traumy.
Mogę pracować z tymi zastałymi w ciele energiami, prowadzić i pomagać innym.
Ciało stało się narzędziem światła.
Duszność – darem.
To nie była jedna zmiana.
To była droga.
Od zwykłej decyzji do bycia przewodnikiem.
Od zaciekawienia do duchowej obecności.
Od ciała – do duszy.
Od jedzenia – do światła.
Jeśli jesteś na początku swojej ścieżki, pamiętaj: wszystko, co ma się wydarzyć, jest dla Ciebie i dzieję się dla Ciebie, nie Tobie.
Zaczyna się od jednego gestu. Jednej decyzji. Jednego pytania.
I od gotowości, by zacząć wracać – do siebie.
Co Ci jeszcze mogę powiedzieć?
Nie bój się żyć w prawdzie ze sobą!
Prawda to wolność.
Jeśli to czytasz na pewno masz ciarki, bo Twoje ciało wie, więcej niż Ci się wydaje. Pozwól również swojej duszy mówić, ona zna każdy sekret tego świata.