Czas spędzany z dzieckiem może wyglądać bardzo różnie. Kiedyś natrafiłam na rolkę jednej psycholożki, która uświadomiła mi coś bardzo ważnego – coś, co pomogło mi uporać się z wyrzutami sumienia, że nie spędzam z moim dzieckiem tyle czasu, ile bym chciała. Zwłaszcza że każda próba zbliżenia kończyła się trzaskaniem drzwiami, napięciem i frustracją.
Mówię tu o relacji z nastolatkiem, bo wcześniej – kiedy był młodszy – działałam według dobrze znanych mi schematów wychowywania dziecka i miałam z nim więcej czasu.
Ta psycholożka pokazała coś prostego, a jednocześnie bardzo poruszającego – wzięła 10-centymetrowy pasek papieru i podzieliła go nie na centymetry, ale na godziny z perspektywy dnia dziecka. Od rana do południa – szkoła, więc ucięła pasek. Potem obiad, odrabianie lekcji, wyjście do znajomych – kolejna część odcięta. Do godziny 19–20 dziecka praktycznie nie ma w domu. Następnie kolacja, kąpiel – znów skrócenie. Co zostaje? Króciutki kawałek wspólnego czasu.
I co my wtedy mówimy do dziecka? Często padają pretensje: że czegoś nie zrobił, że trzeba poprawić ocenę, że znowu zapomniał o czymś ważnym…
To mną wstrząsnęło. Zrozumiałam, że te kilka chwil to nie moment na wymagania i poprawianie, ale na prawdziwy kontakt. Zaczęłam inaczej wykorzystywać ten krótki czas – pytałam, co u niego, co się działo w jego świecie, z czym się mierzy.
Z młodszym dzieckiem łatwiej – mamy więcej wspólnego czasu. Ale z nastolatkiem liczy się jakość. Nawet jeśli to tylko 15 minut dziennie – mogą być pełne bliskości, uwagi i prawdziwego zainteresowania. To właśnie one budują więź.
Nie oczekuj od razu rezultatów – ten nowy sposób bycia najpierw musi stać się autentyczny dla Ciebie. Dziecko wyczuwa napięcie tak samo jak Ty, więc zanim poczuje się bezpiecznie w tej zmianie, musi zobaczyć, że Ty naprawdę ją czujesz i że ona płynie z serca.