Od dłuższego czasu jestem w procesie rozwoju osobistego i pracy nad sobą. Dla mnie oznacza to przede wszystkim odkopanie się z ograniczeń i sytuacji, które zostały mi narzucone przez przodków, a które utkwiły w moim DNA. W mojej rodzinie kobiety nigdy nie odnosiły sukcesu – często kierowały się własną niską wartością i wybierały partnerów przez pryzmat przekonań, które blokowały ich rozwój osobisty. Nieudane związki, były pokoleniowe. Sukcesy zablokowane.
Od najmłodszych lat słyszałam komunikaty typu: „Pieniądze nie rosną na drzewach”, „Trzeba ciężko pracować, żeby coś osiągnąć” czy „Nie kończ szkoły, bo nic z Ciebie nie będzie”. Te ograniczające przekonania prowadziły do braku wiary w siebie i decydowały o tym, jak postrzegałam świat, siebie i życie. Świat był dla mnie jak coś do czego „ja” nie miałam dostępu, a możliwości były niedostępne dla mnie. Mimo woli przez przekonania podejmowałam przez nie decyzje, które nie były moimi prawdziwymi wyborami.
Kiedy doświadczyłam wystarczająco dużo trudności, poczułam i chciałam inaczej i że nie zeszłam na ten świat po to, by cierpieć. To był pierwszy krok w kierunku growth mindset – nastawienia na rozwój i poszukiwania nowych możliwości stało się priorytetem.
Na początku trudno było mi przezwyciężyć lęk i zauważyć mentalne bariery, ale krok po kroku zaczęłam ustalać swoje cele, obserwować, co przychodzi do mojego życia i jakie osoby pokazują mi moje własne blokady oraz ograniczenia. Zaczęłam żyć w uważności. Zmieniłam myślenie na: „Dlaczego to mi się dzieje”, na „Wszystko dzieje się dla mnie, co to chce mi pokazać”. Z czasem proces ten przestał być tylko elementem rozwoju osobistego – stał się moją codziennością i częścią mnie.
Odkopując się z pierwszych warstw ograniczeń, dotarłam do swojej autentycznej, pierwotnej wersji siebie, tej, którą stworzył mnie Stwórca – mojego wyższego ja, które zawsze we mnie było. tylko o tym zapomniałam. Dzięki intuicji i zaangażowaniu stałam się nie tylko kobietą, o której zawsze marzyłam, ale przede wszystkim autentyczną wersją siebie, wolną od ograniczających przekonań i gotową na pełny rozwój. Świat nie był już czymś nieosiągalnym, lecz pełnym możliwości. Drzwi otwierały się do wszystkiego, czego tylko pragnęłam.
Zaczęłam zajmować się nie tylko psychologią, astrologią, szamanizmem, które mają wiele do zaoferowania, ale dosłownie połączyłam wszystko w jedno. Pamiętam, że znalazłam jeden tekst: wszystko mam w sobie i wszystkie odpowiedzi są wewnątrz mnie. Odrzuciłam wtedy wszystkie zewnętrzne informacje i zaczęłam wsłuchiwać się w siebie, w swoje ciało, w swój umysł.
Trafiały do mnie fragmenty z Biblii – że nasze ciało to nasza Świątynia, figurka Jezusa pokazująca otwarcie serca. Zaczęłam skupiać się na swoim sercu, które faktycznie było zablokowane i poranione. Każdej ranie dawałam uwagę. Łzy ciekły mi po policzkach, czułam złość, żal, ból. Mimo że przetwarzanie tych emocji było cholernie trudne, nie poddawałam się, wiedziałam, że to konieczne, aby dokopać się do czegoś. Wtedy jeszcze nie wiedziałam do czego, ale wiedziałam, że chcę – a to już była połowa drogi.
Podczas tej drogi do mojego serca było jakby wchodzić do wielkiego holu z mnóstwem komnat, w których były pochowane różne wersje mnie, począwszy od dzieciństwa – moje poranione wewnętrzne dziecko. Każdego dnia otwierałam drzwi do pewnych sytuacji, które zapamiętała moja podświadomość – które mnie raniły, które sama wyparłam, których sama nienawidziłam i zapominałam. Otwierałam i leczyłam, przepraszałam i okazywałam troskę na tyle ile byłam wtedy w stanie. Ból czasem rozrywał mi serce. Czasem bolało tak ciężko, że przeleżałam po tym cały dzień, płacząc w poduszkę.
Ale po każdej takiej sesji było lżej. Kiedy dałam sobie upust emocjom, miałam wrażenie, jakby parowały ze mnie, jak wrząca woda, która pomału wrzała i uchodziła ze mnie. Po każdej takiej sesji mogłam wejść w swoje serduszko jeszcze głębiej. Każdy ból był tego wart, by poczuć się na nowo, by czuć, by być, by kochać prawdziwie.
Było coraz lepiej, coraz szybciej. Pewnego dnia, kiedy zamknęłam oczy, by wejść w moje serduszko, poczułam światło, które wypełniło mnie całą – jakbym nagle stała się wszystkim: słońcem, ziemią, wiatrem, wodą. Czułam miłość i wolność, nie potrzebowałam nikogo ani niczego.
Wtedy poczułam naszego Stwórcę. Rozmawialiśmy ze sobą, ale nie używaliśmy słów. Powiedział: „Witaj w domu z powrotem”. Nigdy nie miałam problemu z wiarą w Niego – od dziecka czułam, że jest. To było piękne. Pokazał mi, jaki klejnot we mnie jest i jaki jeszcze nie został odkryty. Jeśli czujesz, że to do Ciebie przemawia, z przyjemnością potowarzyszę Ci w odkopaniu klejnotu, który nosisz w sobie. Stworzyłam e-booka, który pomoże Ci w tej drodze.
https://powrot-dosiebie.pl/product/jestes-klejnotem-boga/