Nie walcz ze swoimi myślami. Naucz się nimi zarządzać.

Na początku, kiedy jeszcze nie byłam świadoma, że moje myśli, przekonania i sposób, w jaki patrzę na życie, mają ogromny wpływ na moje samopoczucie i podejmowane przeze mnie decyzje, nie wiedziałam nic o tym, jak to wszystko funkcjonuje. Miałam po prostu natłok myśli. Nasz umysł każdego dnia produkuje ich ogromną ilość. Większości nawet nie zauważamy. Przepływają przez nas automatycznie: wspomnienia, lęki, scenariusze przyszłości, oceny, analizowanie, zamartwianie się. A wieczorem? Jesteśmy zmęczeni nie tylko życiem. Jesteśmy zmęczeni również sobą. Ogromne pokłady energii wkładamy w to, żeby jakoś wszystko utrzymać, żebybyło dobrze”, żeby dać radę. I właśnie to potrafi wyczerpać nas najbardziej. Osiem lat temu byłam dokładnie w takim miejscu. Decyzję o zmianie podjęłam będąc w bardzo trudnym momencie swojego życia. Na początku zaczęłam od czyszczenia swojego umysłu. Byłam albo w przeszłości, rozpamiętując to, co mnie spotkało, albo w przyszłości, martwiąc się o siebie i swoje dzieci. Byłam samotną matką i miałam w głowie tysiące scenariuszy. Kiedy zdecydowałam o zmianie wróciłam do wstawania codziennie rano o czwartej. Nie po to, żeby mechanicznie „odklepać” modlitwę. Modliłam się z serca. Mówiłam Bogu, czego już nie chcę i jak chciałabym, żeby wyglądało moje życie. Pamiętam, że często mówiłam:

„Chcę być szczęśliwa”. Dziś wiem, że nawet sposób, w jaki formułujemy swoje pragnienia, może mieć znaczenie ale zamiast ciągle powtarzać „chcę być szczęśliwa”, zaczęłam mówić:

„Jestem szczęśliwa”. Nie dlatego, że jednym zdaniem można magicznie zmienić życie. Ale dlatego, że zaczęłam kierować swoją uwagę na to, kim chcę się stawać, jak chcę się czuć i jakie myśli chcę w sobie wzmacniać. Bo każdy dzień jest jak nowe narodziny. Od samego rana zaczęłam świadomie kierować swoją energię na to, czego chcę, zamiast bez końca zasilać to, czego się bałam. Oczywiście nie było tak, że nagle wszystko się zmieniło. Wracałam do starej tożsamości. Wracało zamartwianie się. Wracało rozpamiętywanie. Wracały stare emocje. I przez długi czas bardzo mnie to irytowało. Myślałam: „Przecież już miało być dobrze”. „Dlaczego znowu tak się czuję?” „Dlaczego znowu płaczę?” „Powinnam być wdzięczna”. Nie rozumiałam wtedy, że to, co wraca, niekoniecznie przychodzi po to, żeby mnie zniszczyć. Czasami wraca po to, żeby pokazać mi miejsce, w którym kiedyś straciłam siebie. Miejsce, w którym z poczucia, że jestem niewystarczająco dobra, zrobiłam coś wbrew sobie. Miejsce, w którym odrzucenie innych stało się ważniejsze niż moja własna prawda. Mój wewnętrzny krytyk potrafił być bezlitosny. A mój układ nerwowy był przeciążony i wiele nowych sytuacji odbierał jak zagrożenie. I wtedy wydarzyło się coś, co było dla mnie przełomem. Pewnego dnia, kiedy znowu źle się czułam, zamknęłam oczy. I zamiast walczyć z tym, co działo się we mnie, przestałam się z tym utożsamiać. Zobaczyłam swoje myśli z boku. Zobaczyłam swój lęk. Smutek. Irytację. Wewnętrznego krytyka. Zobaczyłam tę część siebie, która była zmęczona i potrzebowała troski. I po raz pierwszy zamiast tą część atakować, powiedziałam: „Jestem przy Tobie”. Nie musisz już tego wszystkiego dźwigać sama”. „Widzę Cię”. Miałam wtedy wrażenie, jakbym naprawdę przytulała tę małą, zagubioną część siebie. Pozwoliłam sobie czuć. Nie próbowałam natychmiast zmienić emocji. Nie próbowałam ich wyprzeć. Nie uciekałam. Byłam ze sobą. Jak najlepsza przyjaciółka. Pamiętam, że trwało to chyba godzinę. Aż w końcu zasnęłam. Kiedy się obudziłam, czułam się lżejsza. Nie dlatego, że wszystkie moje problemy zniknęły. Ale dlatego, że przestałam przed nimi uciekać. Zaczęłam rozumieć, że emocje nie zawsze potrzebują walki. Czasami potrzebują obecności. Powtarzałam to za każdym razem, kiedy wracał trudny stan. Z czasem zaczęłam radzić sobie coraz lepiej. Coraz szybciej zauważałam, co się ze mną dzieje. Coraz częściej potrafiłam obserwować swoje myśli, zamiast automatycznie w nie wierzyć. I wtedy zaczęłam odkrywać swoją sprawczość. Zrozumiałam, że nie wybieram wszystkiego, co pojawia się w mojej głowie. Ale mogę wybierać, czym będę karmić swój umysł. Zaczęłam codziennie zapisywać, jak chcę wyglądać, jak chcę się czuć i kim chcę się stawać. Pisałam afirmacje. Czytałam je. Nagrywałam własnym głosem i później ich słuchałam. Miałam kartki wszędzie. W notatnikach. W kieszeniach. Na lodówce. Na lustrze. W miejscach, na które patrzyłam każdego dnia. W czasie pełni zapisywałam również to, czego już nie chcę ze sobą nieść. To, z czego chcę zrezygnować. Co chcę puścić. I do dziś korzystam z tej praktyki. Nie dlatego, że chcę walczyć ze swoimi myślami. Wręcz przeciwnie. Dziś wiem, że nie chodzi o walkę. Chodzi o świadomy wybór. Bo myśl jest trochę jak nasionko. Jeśli zasiejesz je w swojej głowie i będziesz je podlewać swoją uwagą, powtarzać, wzmacniać i karmić emocjami, zacznie rosnąć. A z czasem pojawi się plon. Nie każda myśl, która pojawia się w naszej głowie, jest prawdą. Nie każda zasługuje na naszą uwagę. Dlatego dziś wybieram, jakie nasiona chcę sadzić. Jakimi słowami chcę siebie karmić. Jakie przekonania chcę wzmacniać. Jaką wersję siebie chcę podlewać każdego dnia. I nadal mam trudne dni. Nadal pojawiają się emocje. Nadal czasami jest niewygodnie. Czasami boli. Ale już nie uciekam. Nie karzę siebie za to, że coś czuję. Nie mówię sobie: „Powinnaś już dobrze się czuć i być wdzięczna”. Zamiast tego pytam: „Co się teraz ze mną dzieje?” „Czego potrzebuję?” „Co chce mi pokazać ta emocja?” I jestem przy sobie. To była jedna z najważniejszych zmian w moim życiu. Nie stałam się kimś innym. Zaczęłam wracać do siebie. Bo zmiana nie zawsze polega na tym, żeby pozbyć się wszystkich negatywnych myśli. Czasami polega na tym, żeby przestać z nimi walczyć, zacząć je obserwować i świadomie wybierać, którym damy swoją uwagę. To nie jest walka z myślami. To jest piękna zmiana tego, czym karmisz swój umysł. Zasiej nowe nasiona. Podlewaj je codziennie. A z czasem zobaczysz, jaki piękny  ogród wyrośnie w Tobie. A my jesteśmy naszymi myślami.

×

Koszyk