Mindset milionera zaczyna się w dzieciństwie.

Słowa mają moc.

Sami, jako rodzice, dorośli ludzie dobrze wiemy, że zmiany w naszym życiu — zarówno zawodowym, jak i prywatnym — wymagają zmiany naszego sposobu myślenia. Nasz umysł był programowany od dzieciństwa. To właśnie wtedy powstawały przekonania, które później wpływały na to, jak postrzegamy świat, pieniądze, sukces, związki, własne możliwości i siebie samych. Dlatego kiedy chcemy zmienić swoje życie, często potrzebujemy wrócić do „domu rodzinnego” — tam budowały się nasze fundamenty przekonań. W szkole, rodzina, otoczenie i sytucje, w których kształtowały się nasze pierwsze przekonania. To właśnie z nimi dorastaliśmy i jako dorośli często nadal według nich funkcjonujemy.

Ja mogę przytoczyć tutaj własny przykład.
W moim domu była bieda. Ojciec był alkoholikiem, a mama robiła wszystko, co mogła, aby poprawić nasz byt. Mój mindset został więc ukształtowany w przekonaniu, że to kobieta musi pracować, wszystko udźwignąć i wziąć odpowiedzialność za wszystkich. Na sukces nie było czasu, a najlepiej trzeba ciężko pracować, by mieć.
Wiecznie słyszałam: „Dla mnie nie ma”.
I choć dziś wiem, że były to słowa wypowiadane z poziomu doświadczeń mojej mamy, moje dziecko odebrało je jako prawdę o świecie. Dlatego kiedy próbowałam coś osiągnąć, pojawiał się we mnie cichy głos, który mówił: „Nie uda Ci się. Dla Ciebie nie ma. I nie będzie.”
Wychodzenie z tych schematów wymagało ode mnie czasu. Małymi krokami zaczęłam budować od nowa swoje przekonania i tworzyć zupełnie inną historię. Dziś, jako mama, dużo bardziej świadomie patrzę na to, jakie komunikaty przekazuję swoim dzieciom. Wiem, że nasze słowa, reakcje i przekonania mają mieć ogromny wpływ na to, jak dziecko zacznie postrzegać siebie i swoje możliwości. Mam starsze dzieci, które dorastały jeszcze przy wielu moich starych schematach. Widzę w nich czasem napięcie, lęk czy poczucie, że trzeba sobie radzić samemu. To właśnie te stare przekonania, które przez pokolenia były przekazywane dalej: „Muszę być silna”, „Muszę sama”, „Dla mnie nie ma”, „Nie jestem wystarczająca”.
Ale mam też młodsze dzieci. I przy nich wiele rzeczy robię już inaczej. Mój ośmioletni syn ma ogromną potrzebę zarabiania. Maluje obrazy i je sprzedaje. Czasami bierze również moje obrazy. Na początku sama nie wiedziałam, czy to jest w porządku. Sprzedawał je niemal co drugi dzień. Po kilku dniach powiedziałam mu, że nie może robić tego tak często. Później długo zastanawiałam się, czy dobrze zrobiłam. Czułam, że coś jest nie tak, ale jeszcze nie potrafiłam tego nazwać. I wtedy przyszła do mnie pewna refleksja.
Pomyślałam: co, jeśli moje dziecko zapamięta właśnie ten moment?
Co, jeśli w przyszłości, kiedy będzie chciał założyć firmę, gdzieś z tyłu głowy pojawi się przekonanie:
„Za dużo chcę. Za dużo sprzedaję. Nie można mieć za dużo”. Dlatego zmieniłam sposób, w jaki z nim o tym rozmawiam. Ustaliliśmy, że ponieważ jest jeszcze bardzo młody, dzień sprzedaży będzie raz w tygodniu. Jednocześnie powiedziałam mu: „Widzę w Tobie przedsiębiorcę. Myślę, że kiedy będziesz miał 18 lat, a może nawet wcześniej, możesz zostać milionerem”. Kiedy to usłyszał, poczuł się ważny. Poczuł, że już jest kimś, kim chce zostać. I następnego dnia, kiedy znów mógł sprzedawać swój obraz, sprzedał go za trzy razy większą kwotę niż wcześniej. On wychodzi z domu nie  z przekonaniem, że może nie sprzedać. On wychodzi pewny, że sprzeda!
Kiedy wraca, pytam:
„Ile dziś zarobiłeś, przedsiębiorco?”
I mówię mu:
„Jesteś prawdziwym przedsiębiorcą. Masz w sobie potencjał”.
Nie chodzi o to, aby obiecywać dziecku, że na pewno zostanie milionerem. Chodzi o to, aby nie wkładać mu do głowy ograniczeń, których jeszcze nie ma. Niedawno pojechał do mojej mamy — do domu, w którym ja dorastałam. Mieszka tam również moja siostra z dziećmi. Jej córka także próbuje coś sprzedawać, ale zazwyczaj za niewielkie kwoty. Kiedy mój syn wrócił i powiedział, że chce następnego dnia znowu pojechać do babci, zapytał:
„Czy jutro może być mój dzień sprzedaży?” Powiedziałam mu, że jutro jest jego dzień i zasad nie zmieniamy. Może sprzedawać również w mieście u babci. Wtedy odpowiedział:
„Tam się nie da. Ludzie nie kupują”.
Zapytałam: „Skąd wiesz? Przecież jeszcze nie próbowałeś”.
Odpowiedział, że tak powiedziała mu kuzynka. Pojechaliśmy do mojej mamy. Powiedziałam: „Niech dzieci spróbują sprzedawać”.
Mama odpowiedziała: „Tutaj nic nie sprzedadzą”.
I właśnie tutaj po raz kolejny zobaczyłam, jak ogromną moc mają słowa.
Powiedziałam: „Ja wierzę, że dzieciom się uda”. Mama odpowiedziała: „Uda się, ale nie za taką cenę, jaką chcą”. I rzeczywiście — dzieci sprzedały swoje obrazy, ale za kwoty zgodne z tym, co wcześniej zostało powiedziane.
My, dorośli, często dużo łatwiej zauważamy to, co negatywne. Jedno „nie uda się” potrafi zostać w głowie na długo, podczas gdy dziesięć pozytywnych komunikatów czasem przechodzi niezauważonych. Dlatego warto bardzo uważać na to, co mówimy dzieciom. Kolejny przykład widzę w relacji z moją najstarszą córką. Od początku starałam się budować w niej poczucie własnej wartości, sprawczości i wiary w siebie. Powtarzałam jej: „My zawsze wygrywamy konkursy”. I brałyśmy udział w kolejnych konkursach. Za każdym razem pojawiał się sukces.
Wbudowałam w niej przekonanie: „Mogę. Potrafię. Warto próbować”. I właśnie to możemy dać naszym dzieciom od najmłodszych lat. Nie tylko pieniądze, ubrania, zabawki czy wykształcenie. Możemy dać im coś znacznie ważniejszego: poczucie własnej wartości, sprawczość, odwagę do próbowania i przekonanie, że ich możliwości są większe, niż im się wydaje. Możemy pomóc im zbudować zdrową relację z pieniędzmi, sukcesem i własnymi marzeniami. Bo dziecko, które słyszy: „Nie dasz rady” uczy się wątpić. A dziecko, które słyszy:
„Spróbuj. Wierzę w Ciebie. Zobaczmy, co możesz stworzyć” uczy się sprawczości. I być może właśnie dlatego największą zmianę, jaką możemy zrobić dla przyszłości naszych dzieci, zaczynamy nie od nich. Zaczynamy od siebie. Bo kiedy zmieniamy własne przekonania, przestajemy przekazywać dzieciom ograniczenia, które sami odziedziczyliśmy.
I wtedy możemy przerwać pewien rodowy schemat. Nie po to, by nasze dzieci miały wszystko. Ale po to, by wierzyły, że mogą mieć, tworzyć, próbować i sięgać po więcej — bez poczucia winy, że „dla nich nie ma”, czy „za dużo chcę”.